Być albo nie być w mediach społecznościowych

29.04.21
clock 6 min.
Piotr Bucki
Cal Newport powiedział wyraźnie NIE mediom społecznościowym. Nie byłoby to może zaskakujące, gdyby Cal Newport był po prostu statystycznym Smithem, czyli polskim Kowalskim, ale Cal Newport jest autorem książki „Deep Work”, badaczem produktywności i bardzo popularnym blogerem. Jak zatem funkcjonuje bez mediów społecznościowych? Jak zdobywa klientów? Jak dowiaduje się o nim świat? Odpowiedź jest prosta – innymi, równie skutecznymi, kanałami.

Cal Newport podjął niezwykle świadomą decyzję i zrezygnował ze swojej obecności w mediach społecznościowych. Jego treści możesz znaleźć na blogu. Możesz też znaleźć je na skrzynce e-mailowej, jeśli zapiszesz się do jego newslettera. O jego książce i pracy przeczytasz też we wpisach szkoleniowców zajmujących się produktywnością i efektywnością. Ja sam mówię o nim podczas moich szkoleń z pracy głębokiej i zarządzania skupieniem. Klienci Cala przekazują opinię o nim swoim znajomym i współpracownikom. I jedno jest pewne – Cal ma pracę, dużo pracy.

W jakim celu marki są w mediach społecznościowych?

Czy to oznacza, że każdy freelancer może docierać do swoich klientów bez mediów społecznościowych? Bez regularnego postowania na LinkedInie, Facebooku czy Twitterze? Bez budowania relacji ze swoją publicznością – wiernym plemieniem? A może oznacza to jedynie, że Cal Newport jest wyjątkiem i że większość marek – w tym marek osobistych – bez mediów społecznościowych nie istnieje? Nie wiem. Wiem jednak, że media społecznościowe to narzędzie do rozprzestrzeniania idei i że to narzędzie jedno z wielu.

Rozprzestrzenianie się idei, zaszczepianie ich w głowach odbiorców i budowanie pożądanego wizerunku to cel wielu marek, w tym marek osobistych. Freelancerzy chcą w ten sposób budować bazę klientów i swój mocny wizerunek eksperta. Pracownicy – szczególnie na LinkedInie chcą zbudować obraz idealnego potencjalnego kandydata, nawet jeśli wcale nie szukają pracy. Pracodawcy z kolei chcą sprzedać wizerunek dobrego pracodawcy, u którego z pewnością warto pracować.

Narracje czy opowieści, które mają nieść te idee to nie domena mediów społecznościowych. One są – jak wspomniałem – jedynie narzędziem. Ważne idee rozprzestrzeniały się po świecie bez problemów zanim Mark Zuckerberg zaczął raczkować. Buddyzm, chrześcijaństwo, psychoanaliza, marksizm, Coca-Cola, ośmiogodzinny dzień pracy czy wolne weekendy to idee, które poradziły sobie bez mediów społecznościowych. Rozprzestrzeniły się po świecie jak najlepsze virale czy memy z krakowskim croissantem. Zajęło im to co prawda więcej niż 24 godziny, jednak z pewnością są trwalsze niż memy z laguną.

Ważne idee rozprzestrzeniały się po świecie bez problemów zanim Mark Zuckerberg zaczął raczkować.

Pytanie o to, czy być czy nie być w mediach społecznościowych, jest pytaniem współczesnych Hamletów i wielu firm. Odpowiedź na nie to nie proste TAK lub NIE, to uniwersalne i jedyne prawdziwe – TO ZALEŻY.

Zależy od tego, czy wiesz, po co tam masz być. Czy wiesz, jakie cele chcesz tam realizować. I czy na pewno ten cel, który chcesz osiągnąć, najlepiej osiągniesz właśnie dzięki temu narzędziu.

Jeśli celem jest budowanie marki pracodawcy (cel typowo employer brandingowy), to chcesz, żeby określona grupa ludzi – potencjalni kandydaci – postrzegała Ciebie jako pożądanego pracodawcę. Do realizacji tego celu możesz zaprząc media społecznościowe. Oczywiście! Ale możesz też działać, tworząc genialne podcasty czy materiały na bloga, do których Twoja niszowa grupa trafi bez pośrednika w postaci LinkedIna czy Facebooka.

Zwłaszcza, że Ci pośrednicy coraz drożej sobie liczą za swoje usługi, bo albo płacisz za docieranie, albo tworzysz taką fabrykę z treściami, że organicznie docierasz do tych, do których chcesz. W obu przypadkach może się okazać, że to się po prostu nie opłaca.

Kilka uwag o mediach społecznościowych

Jeśli jednak zdecydujesz, że media społecznościowe to najlepsze narzędzie dotarcia do Twojej grupy, to droga wolna. Zanim jednak w nią wyruszysz – kilka ostrzeżeń, żebyś w biegu nie potknął się o sznurowadła i nie wybił zębów.

Po pierwsze – co?

Jeśli chcesz, żeby Twoja idea (np. że jesteś najlepszym pracodawca w gminie Świecie) się rozeszła w świat po ścieżkach LinkedIna, Facebooka czy Twittera, upewnij się, że jest prawdziwa i atrakcyjna. Badania pokazują, że marki myślą o sobie, że spełniają oczekiwania klientów. Tymczasem klienci są innego zdania. To samo dotyczy postrzegania siebie jako superpracodawcy. Tu również pracownicy nie zawsze podzielają to zdanie. Warto więc najpierw uporządkować swoje podwórko zanim zaczniemy na nie zapraszać wszystkich na Facebooku. Zwłaszcza, że w mediach społecznościowych kłamstwo ma krótkie nogi, niepełna prawda też.

Po drugie – jak?

Zastanów się, jak to będziesz robić. Tworzenie laurek o swoich osiągnięciach i pisanie o tym, że właśnie dostaliście Gazele Biznesu czy dyplom pracodawcy roku gminy Ryrtro, spowoduje tylko wzruszenie ramionami i myśl: I co z tego? Treści, które budują twój wizerunek, muszą być o odbiorcy. I tu kłania się Stephen Hawking, którego kiedyś dziennikarka Deborah Salomon zapytała o jego iloraz inteligencji. Hawking odpowiedział – „I don’t know. People who brag about their IQ are losers”, co oznacza: „Nie wiem. Ludzie, którzy chwalą się swoim IQ to przegrywy”. Pracodawcy, którzy chcą się czymś pochwalić, niech robią to mądrze, czyli za pomocą treści, które dają realną wartość odbiorcom.

Po trzecie – z kim?

Zastanów się, kim to będziesz robić? Najprościej pewnie będzie wynająć agencję. Jednak najlepiej robić to swoimi ludźmi – niech oni staną się ambasadorami Twojej marki. A ich profile zawodowe – najlepszą wizytówką. Może to robić doskonale prezes – tak jak robi to prezes polskiego oddziału Jyska. Mogą to robić pracownicy jednego działu – tak jak to robią pracownicy agencji Beeffective w cyklu Sam Nektar. Mogą to wreszcie robić prawie wszyscy pracownicy – tak jak to robią pracownicy agencji Hubspot. Tu decyzja należy od tego, czy i czym przekonasz ludzi, że warto, bo jak mają to pisać za karę – jak studenci dziennikarstwa horoskopy w gazetach – to daruj sobie.

Być czy nie być – oto jest pytanie. Ja odpowiem na nie zwyczajowym – to zależy. Od warunków, które już znasz. Jeśli je spełnisz, to przetestuj swoją obecność na Facebooku czy LinkedInie. A jeśli masz być tam tylko dlatego, że inni są i boisz się, że jak Ciebie tam nie będzie, to przepadniesz, to też nikt Ci nie zabroni, ale efektów spektakularnych raczej nie zobaczysz.

Inne teksty autorstwa Piotra Buckiego znajdziesz poniżej: